- Wyglądało to tragicznie. Jakby ktoś schowany za jednym z drzew ją zastrzelił - mówi doktor Robert Śmigielski. Dwadzieścia lat temu na igrzyskach olimpijskich szef polskiej misji medycznej walczył z działaczami, żeby nie skreślili Justyny Kowalczyk. Wszyscy odwrócili się od debiutantki, gdy zemdlała na trasie swojego koronnego dystansu. A gdy osiem dni później prezes gratulował jej medalu, w odpowiedzi syknęła mu przekleństwo.